"Czas to taka rzecz, która bardzo szybko płynie i nigdy nie da się jej zatrzymać"...
To słowa dyrektora mojej szkoły podstawowej, który rok w rok rozpoczynał wszystkie akademie w ten sam sposób. Dla nas przygoda dobiegała końca. Trzeba wracać do domu. Opuszczamy słoneczny i ciepły Nowy Orlean, wracamy do Memphis. Ostatni wieczór spędzamy w towarzystwie Gosi, Asi, Zbyszka i Konrada. Raz jeszcze dziękujemy Wam za gościnę. Jesteście niesamowici!!!. Rano oddajemy samochód i przesiadamy się do samolotu.
Pakujemy się przed wyjazdem...
I ruszamy w drogę...
Walka z cieniem...
Jadąc przez Stan Mississippi, odwiedzamy przy okazji miejsca związane z bluesem.
Miasteczko Hazlehurst, podobno tu urodził się Robert Johnson...
i miejscowość Como...
To były naprawdę intensywne dwa tygodnie. Najpierw występ na FedEx International Showcase, potem emocje związane z International Blues Challenge i nasz awans do półfinału. Odbyliśmy podróż śladami Stevie Ray Vaughana i spędziliśmy weekend w Nowym Orleanie. W ostatnim tygodniu przebyliśmy ponad dwa i pół tysiaca kilometrów. Przejechaliśmy przez pięć stanów: Tennessee, Arkansas, Texas, Louisianę i Mississippi. Odwiedziliśmy dziesiątki klubów i setki miejsc związanych z muzyką. Udało nam się wykonać założony plan i zobaczyć najważniejsze dla nas miejsca. Jedyne czego żałuję to brak większej ilości czasu, który sprawiał, że nieraz musieliśmy wybierać pomiędzy pięknem chwili a perspektywą dalszych wrażeń i przygód. Dziękuję Dominice Jangrot, która towarzyszyła mi przez całą podróż. To Ona wpadła na pomysł tego bloga. Przepraszam, że nie zawsze byłem w stanie zdać relacji na bierząco, ale będąc w podróży trudno czasem o swobodny dostęp do internetu. Mam nadzieję, że treść wynagrodzi wam czas oczekiwania na kolejne wpisy. Życzę wszystkim przyjemnej lektury...
Nasza trasa...
Jeszcze na lotnisku w Memphis uzupełniam blog...
Tak kończy się nasza przygoda... Wracamy do domu...
W piątek 11 lutego, opuszczamy Houston i ruszamy do Nowego Orleanu. Jeszcze przed opuszczeniem Teksasu zatrzymujemy się w jednym z tzw. Welcome Center. Są rozsiane po całym kraju, zwykle przy drogach na granicy danego Stanu. Tutaj każdy może otrzymać darmowe mapy drogowe, wypić "mocną" amerykańską kawę, pobrać broszury dotyczące atrakcji turystycznych itd. Do tej pory, wszystkie odwiedzane przez nas centra były raczej skromne. Ten był ogromny. Mieściły się tu dodatkowo: sala kinowa, pomieszczenia konferencyjne, ekspozycje związane z regionem... Tutaj na własnej skórze przekonaliśmy się, że w Teksasie "wszystko jest większe i lepsze". Np. gdy Dominika w odpowiedzi na pytanie:" Jak Wam się tu podoba?" zaczęła opowiadać o naszych przygodach, pracownik punktu zaraz jej przerwał mówiąc: "Ale ja się pytałem o Teksas"...
Welcome Center od środka...
... i na zewnątrz
W Teksasie nawet kawa jest mocniejsza...
Gdy tylko przekraczamy granicę, krajobraz szybko się zmienił...
Witamy w Luizjanie...
Po przyjeździe do Nowego Orleanu od razu udajemy się na osławioną Bourbon Street. To centralna ulica dzielnicy French Quarter. Jeśli kiedyś będziecie w Nowym Orleanie, koniecznie musicie zobaczyć Bourbon Street w weekend. To nieprawdopodobne zjawisko... Jaskinia pijaństwa, seksu i muzyki. Na każdym kroku słychać muzykę. Jazz miesza się tu z disco. Kluby wręcz bija się o klientów, choć i tak w każdym jest już komplet. Grają tu najlepsze zespoły. Z każdego zaułka wypływa blues, ale przede wszystkim króluje tu tradycyjny jazz.
Bourbon Street
Policja konna
Tu mieszkaliśmy
W Nowym Orleanie zostajemy do poniedziałku. W dzień zwiedzamy miasto... nocą kluby muzyczne. Szybko odkrywamy, że te najciekawsze wcale nie muszą być na Bourbon Street. Świetnie grają np. na Frenchman Street.
Jeden z klubów przy Frenchman Street...
Nawet na statku gra się Jazz...
Widok na centrum od strony rzeki...
Wszystkie budynki w dzielnicy French Quarter mają przepiękne balkony...
Pojechać do Austin i zobaczyć pomnik Stevie Ray Vaughana... Teraz, będąc już na drugim końcu świata musiałem zrobić wszystko żeby tam stanąć. Dlaczego ze wszystkich miejsc w całej Ameryce wybrałem właśnie to??? Wielu pewnie powiedziałoby, że nie warto. Albo, że szkoda tłuc się samochodem dwa dni. Jest przecież tyle ciekawszych rzeczy do zobaczenia...
To jest ten najbardziej osobisty etap całej wyprawy. Jedni to zrozumieją, inni nie... W każdym razie JA TAM BYŁEM...
Zwiedzamy Austin...
Stevie jest tutaj wiecznie żywy...
W południowym Austin cały czas funkcjonuje sklep, w którym Stevie kupił swoją ulubioną gitarę znaną później jako "First Wife"... Sklep nazywa się Ray Hennig's Heart of Texas Music i poza nowym sprzętem mamy tu do wyboru całkiem sporo gitar i wzmacniaczy z tzw. "drugiej z ręki"...
Pamiątkowe zdjęcie nadal tu jest ...
Opuszczamy Austin i kierujemy się w stronę Houston. W północnej części miasta, w zakazanej dzielnicy mieści się Dan Electro's Guitar Bar. Podobno jest tu najlepszy jam w mieście. W Stanach powszechną praktyką jest stosowanie listy uczestniczących w jamie muzyków. Wpisuje swoje nazwisko. Uzupełniam rubrykę dotyczącą instrumentu na jakim gram... Niestety... Jam Session okazało się bardzo (oj bardzo) kiepskie. Na dodatek lista była tylko pro-forma. Nie znając nikogo z miejscowych muzyków mogłem czekać w nieskończoność, aż prowadzący jam zmontuje jakiś skład i ze mną. Lepszą rozrywką okazało się szukanie noclegu. Mogę teraz smiało stwierdzić, że w Gliwicach mamy naprawdę wysoki poziom. Przy okazji pozdrawiam wszystkim muzyków regularnie jamujących w Śląskim Jazz Clubie. Niestety nie będzie mnie w najbliższy wtorek...
I to bardzo pechowo. Ale po kolei. W poniedziałek w godzinach przedpołudniowych wspólnie udajemy się na lotnisko. Paweł i Piotr wracali do kraju. Odliczali godziny dzielące ich od pysznego chleba, mocnej kawy i jajecznicy na boczku. Ja i Dominika staraliśmy się nie poddawać prowokacji. Podczas pożegnania łezka się jednak w oku zakręciła...
Czułe pożegnanie
W imieniu całego zespołu dziękuję wszystkim osobom prywatnym, firmom i instytucjom, które wspierały nas w przygotowaniach do wyjazdu na International Blues Challenge 2011. W szczególności chcę podziękować Stowarzyszeniu T.B.King Blues Club, organizatorowi naszego wyjazdu do Memphis, firmie Ekoprod sp. z o.o. za finansowe wsparcie naszych działań artystycznych oraz Stowarzyszeniu Muzycznemu Śląski Jazz Club za szeroką promocję. Tu własnie zagramy pierwszy koncert po powrocie ze Stanów. Zapraszamy we wtorek 22 lutego.
...na lotnisku okazało się, że brakuje już dziś samochodów i najwcześniej dostaniemy coś jutro. Czekał nas powrót do hotelu ze świadomością zmarnowanego dnia i pieniędzy (taksówka na lotnisko i z powrotem). Następnego dnia z hotelu odbiera nas przedstawiciel firmy wypożyczającej samochody i zabiera nas do biura. I tu znowu pech. Problem z moja kartą, uniemożliwiający nam wynajęcie auta. Sprawę ratuje telefon do Polski i Maciek H. na pomoc którego zawsze mogę liczyć. W końcu otrzymuję kluczyki do "Almost Brand New Nissan". Plan jest następujący: Dallas, Austin, potem kierunek Nowy Orlean i 15 lutego wylot z Memphis do Polski...
Po wielu kłopotach odbieramy Nissana
Przekraczamy granicę Stanu
Dominika na postoju
Trzeba przyznać, że podróż autostradą tutaj to przyjemność. Przede wszystkim nie męczy tak jak u nas. Człowiek robi setki mil i nie czuje się wypompowany. Późnym wieczorem meldujemy się w Motel 6 w Dallas.
Poranek w Dallas zaskoczył nas. Wszędzie śnieg, na drogach lód. W Polsce nikt by na to nie zwracał uwagi, ale tu w Teksasie ludzie nie bardzo radzą sobie w takich warunkach. Samochody wpadają na siebie, kręcą bączki itd...
WiFi w Mc Donald's
Widok na centrum Dallas
W południowej części miasta znajduje się Laureland Memorial Park. Miejsce gdzie spoczywa Stevie Ray Vaughan.
Nad grobem Stevie Ray Vaughan'a
O zmierzu docieramy do Austin. To stolica stanu Texas. Udajemy się na 6th Street gdzie mieszczą się kluby muzyczne. Okazało się, że te bluesowe sa dziś zamknięte i np. zamiast Jam session jest dziś Hip Hop... Wizualnie miasto wypada świetnie, ale muzycznie zawiodłem się. Może słyszałem zbyt dużo świetnych zespołów grających przy Beale Street w Memphis...
Pierwszy naprawdę luźny dzień od naszego przyjazdu. Do tej pory nie było czasu żeby swobodnie zwiedzić miasto. Jak przystało na prawdziwych turystów, skoro świt ruszamy w miasto...
Main Street
Main Street
Zwiedzamy jadąc tramwajem
Głupia mina nr 32
Poraz ostani wszyscy razem spacerujemy po Beale Street. Każdy muzyk powinien choć raz poczuć klimat tego miejsca, posłuchać miejscowych zespołów, wziąć udział w jam session. Nie potrafię tego do końca wytłumaczyć, ale tu gra się inaczej. Nawet nie.... hmm.... tu po prostu muzyka jest "inna". Blues jest inny. Nie lepszy niż ten nasz- Polski. Nie bardziej prawdziwy. Jest po prostu "inny". Wiem tylko, że będąc tu... chłonąc muzykę, ludzi, budynki... zacząłem patrzyć na swoja muzykę zupełnie inaczej. Czuję się bogatszy, otwarty... Czuję, że mogę więcej...
Malowane reklamy (Beale Street)
Raz jeszcze odwiedzamy Rum Boogie Cafe. Ten klub przypadł mi do gustu najbardziej. W południe ruch jest mały, więc możemy swobodnie pozaglądac we wszystkie zakamarki...
Wieczorem zostaliśmy zaproszeni do naszych polskich przyjaciół na pożegnalną kolację. Jesteśmy Wam niezmiernie wdzięczni za spędzone wspólnie chwile i okazaną pomoc. Chcielibyśmy odwdzięczyć się choć w części za prawdziwie polską gościnność.
Jacek Dutkiewicz - przewodniczący Polish-American Society of Memphis, wręcza Dominice pamiątkową koszulkę
Wspólne zdjęcie
W drodze powrotnej do hotelu, zaczepiamy o Graceland. Być w Memphis i nie zobaczyć Graceland... Akurat w środku była jakaś prywatna impreza, więc Graceland ogladaliśmy zza płotu...
Dzień zaczęliśmy od dobrej kawy... Hell Yeah... Tutaj działa tak, że przeciętnemu Polakowi po wypiciu spada ciśnienie. No więc gdzie można wypić dobrą kawę...??? Oczywiście bedąc zaproszonym na śniadanie do rodaków.
Za to samochody są tutaj zjawiskowe...
Po południu wszyscy wyruszamy na finały IBC. Chyba pierwszy raz od naszego przyjazdu pokazało się słońce. Do DownTown idziemy pieszo przepiękną trasą River Walk nad samą Mississippi. Koncerty finałowe odbywają się w Orpheum Theater.
Widok na Mississippi
Wnętrze Orpheum Theater
Zwycięzcy IBC 2011: Lionel Young Band oraz George Schroeter & Marc Breitfelder
Po finałach, kolejny raz udajemy sie na Beale Street. Dziś żyje już swoim normalnym muzycznym życiem. W klubach grają regularne zespoły, można nawet spotkać Elvisa. Podobno w Memphis w szpitalu psychiatrycznym jest oddział leczący tylko Elvisów...
Od rana skupienie i dyscyplina. Po śniadaniu odprawa sztabowa przed koncertem półfinałowym. Mała próba w pokoju hotelowym. W półfinałach mamy więcej czasu. zamiast 25 minut... całe 30. Szykujemy zmiany w programie. Dziś wystąpimy w Historic Daisy Theater wraz z czterema innymi grupami.
Nasz hotel Super 8
Mississippi, królowa rzek
Piotr i Król
Występ w Historic Daisy był naszym ostatnim na International Blues Challenge. Daliśmy z siebie wszystko. Publiczność śpiewała i tańczyła pod sceną. Awans do półfinału uważam za swój życiowy sukces. Jestem dumny z Piotra i Pawła. Dziekuję Dominice. Niestety materiał filmowy nie udał się ze względu na kubaturę pomieszczenia. Jest za to kilka zdjęć:
Podczas występów cały czas kibicowali nam nasi rodacy mieszkający w Memphis: Małgosia, Asia, Konrad i Zbyszek. Już po koncercie zaprosili nas na uroczystą kolację.
Przed nami drugi koncert ćwierćfinałowy. Dziś gramy później, więc mamy trochę czasu aby porozglądać się po Beale Street.
Hokeiści z Kanady
Sklep z deskami sedesowymi
Szafa z gitarami Gibsona
Ponieważ musieliśmy szykować się do występu, oddelegowaliśmy Dominikę do innego klubu gdzie grali nasi znajomi z The Good, The Bad, And The Blues...
Wykonawców jest tu tak wielu, że nie ma możliwości posłuchać wszystkich. Klubów jest tak wiele, a godziny koncertów pokrywają sie ze sobą. Gdy jakaś grupa "daje czadu" wieść o tym zaraz idzie w "miasto" i klub zapełnia się słuchaczami. Ku naszemu zdziwieniu, tuż przed naszym występem, w Rum Boogie Cafe zaczęło być ciasno...
Przed koncertem dotykam gitary Stevie Ray Vaughana
W nocy w pokoju hotelowym czekamy na wyniki ćwierćfinałów. Około czwartej nad ranem czasu miejscowego na stronie internetowej pojawia sie oczekiwana lista. Jesteśmy w półfinale. Otwieramy butelkę miejscowego Bourbona...
Około 13:00 czasu miejscowego meldujemy się w klubie Alfred's. Tutaj rejestrują się wszystkie zespoły konkursowe. Na ścianach wiszą złote płyty znanych wykonawców. Wiele osób podchodziło do nas i pytało czy to my jesteśmy tą kapelą z polski. Gratulowali nam wczorajszego występu. Byliśmy bardzo miło zaskoczeni...
Tuż przed rejestracją pod klubem Alfred's
Po lewej: Ściana ze wszystkimi złotymi płytami Elvisa
W środku: Dominika łapie promienie słoneczne
Po prawej: W klubie Rum Boogie Cafe - tuż przed naszym występem
Przy okazji odkrywamy amerykę po swojemu. Np. W odpowiedzi na kraj naszego pochodzenia najczęściej słyszymy coś w stylu: My (grandfather, grandmother, uncle, wife, girlfriend,)* niepotrzebne skreślić ; was from Poland. Albo: Ćeń topry, Na sdrofie i I love Pjerogi. Z kolei aby wymienić Euro na Dolary, trzeba jechać na 15 pietro potężnego banku, pokazać paszport i złożyć odciski palców. Kantory tu nie istnieją.
Gramy w klubie Rum Boogie Cafe
Naszym konkursowym klubem okazało sie Rum Boogie Cafe. To niesamowitem miejsce. Wszystkie osoby z którymi wcześniej rozmawialiśmy mówiły nam, że to najlepszy klub do grania na całej Beale Street. W środku wiszą setki gitar wykonawców światowej sławy. Santana, AC/DC, Evis Presley, Albert Collins, Plant, Stray Cats... naprawdę setki grup, nazwisk, jak widać nie tylko bluesowych, choć tych jest tutaj przewaga. Na jednej ze ścian odnajduję tą dla mnie najważniejszą. W drewnianej ramie wisi gitara samego Stevie Ray Vaughan'a. Później gdy nagrywałem wywiad dla Chicago Blues Guide byłem w pokoju niedostępnym dla klientów. Oglądałem zdjęcia Steviego, który gra koncert tam gdzie za kilka godzin sam bedę występował. Niesamowite przeżycie. Niecodziennie gra się na scenie, która wchłonęła pot największych muzyków w historii.
FedEx International Showcase i jamsession do rana....
Pomimo kilku godzin snu, wszyscy odczuwamy zmeczenie. Podróż dała jednak w kość. Niestety czeka nas jeszcze sporo przygotowań przed wieczornym występem. Najpierw akcja "kontrabas", którego z oczywistych względów nie mogliśmy zabrać z Polski. Wypożyczamy więc instrument na "miejscu"... Koszt był zaskakujący. Wyniósł uwaga.... 50$ na cały miesiąc. Problemem był jego transport ze sklepu odległego o jakieś 40 mil. I tu do akcji wkracza Dominika, która potrafi załatwic wszystko i zna podobno wszystkich wpływowych ludzi w Tennessee... Po śniadaniu w holu naszego hotelu otwierają się drzwi. Potem było już jak w westernie. Padły słowa: "Hello Dominika..... I'M DAMON..." Wiedzieliśmy już, że kontrabas będzie na pewno...
Paweł, Damon i Ja, obok Piotr testuje wypożyczony kontrabas
Sniadanie w hotelu Super 8
Okazało się, że w naszym hotelu mieszkają również muzycy biorących udział w IBC...
Dominika i Aayan z zespołu The Good The Bad And The Blues. Aayan okazał sie bardzo serdeczną osobą. Kilkakrotnie zawoził nas swoim samochodem wraz ze sprzętem do klubów przy Beale Street.
FedEx International Showcase odbywał się w New Daisy Theater. Wśród muzyków z różnych krajów panowała przesympatyczna atmosfera. Wszyscy kibicowali sobie nawzajem, pomagali w razie potrzeby. A to kabel nie działał, a to komuś gitara zginęła na lotnisku. Zazdrość i zawiść była wszystkim obca. Blues był tutaj jezykiem międzynarodowym. Występy były krótkie. 15 minut wystarczało zespołom na zagranie dwu, trzech numerów.
Piotr przy scenie FedEx IS
Spotkaliśmy również Polaków mieszkających w Memphis. Niektórzy przyszli specjalnie aby nas usłyszeć. Pozdrawiamy Zbyszka Stroińskiego. Jemu również jesteśmy wdzięczni za pomoc. Dzień zakończyliśmy w klubie Rum Boogie Cafe, gdzie jutro czekał nas już występ konkursowy...
Na basie Jules van Bussel z zespołu King Mo.
Ja i Rafael Tranquilino z Randy Oxford Band
Aayan i Dominika (Aayan pożyczył mi swoją gitarę na Jam)
O godzinie 4:00 opuszczamy Gliwice. W Warszawie zostawiamy samochody na parkingu pod lotniskiem. Na Okęciu spotykamy się z Bartkiem Przytułą i Tomkiem Krukiem, którzy wystąpią w Memphis w kategorii Solo/Duo.
Samolotem British Airways do Londynu lecimy juz wspólnie. Na lotnisku Heathrow czekała nas przesiadka na samolot American Airlines do Chicago...
Okazało się, że nie mogę zabrać na pokład samolotu moich dwóch gitar i muszą one zostać nadane jako bagaż. Zapewniono nas, o bezpieczeństwie i szczególnej opiece, po czym bardzo miły Pan wziął oba intrumenty i wrzucił je do rury załadunkowej wysokości dwóch pieter. Teraz było już za późno na protesty. W ramach gratyfikacji, nie musiałem dopłacać do biletu za dodatkowy bagaż...
Po około dziesięciu godzinach lotu wylądowaliśmy w Chicago. Wizy wjazdowe otrzymaliśmy bez zbędnych pytań. Tu też spotykamy pierwsze zespoły, kierujące się tak jak my na IBC. Lotniska w Londynie i Chicago są jak całe miasta. Terminale, bramy, pociągi i autobusy kursujące pomiędzy nimi. Widać tu setki samolotów, tysiące ludzi pracujacych przy obsłudze.... Nie jestem w stanie zliczyć ile razy przechodzilismy kontrole osobiste. Jedne przed wejściem na terminal, inne przed wejściem do samolotu. Kontrole bagażowe, celne, bezpieczeństwa... W każdym razie wzbudzaliśmy na lotnisku podziw wsród pasażerów i obsługi. Wraz z grupą holenderskich muzyków krążyliśmy pomiędzy bramkami, próbując wytyczyć nowe scieżki poruszania się w kolejkach do odprawy celnej, a nasza biegłość w wypełnianiu formularzy różnego koloru sprawiła, że terminal przylotów opuszczaliśmy jako ostatni...
Do Memphis lecimy samolotem wielkości autobusu. W Chicago śnieżyca. Dopiero rano dowiedzieliśmy się, że to najwieksze opady śniegu od 1967 roku. Ponieważ do Memphis leciała z nami spora grupa innych muzyków, nie wszystkie instrumenty zmieściły się na pokładzie samolotu. Część z nich, w tym i moja gitara (druga na szczęście załapała sie do środka) poszły do luku, ale najpierw musiały odczekać swoje w śniegu na płycie lotniska. Siedzący obok mnie pasażer, kiwał tylko z niedowierzaniem głową...
Na szczęście choć z opóźnieniami opuszczamy mroźne Chicago i bezpiecznie lądujemy w Memphis.
Całą nasza szóstka pakuje się do Taksówki. Wysiadamy pod Super 8 Hotel. Dominika dopełnia jeszcze formalności w recepcji i wszyscy juz możemy udać się na spoczynek. Jest godzina druga w nocy czasu miejscowego. W podróży spędziliśmy około 27 godzin. Sprawdzam jeszcze instrumenty. Na szczęście wszystko jest ok. Kładziemy się spać....
Trwają intensywne próby przed wylotem do stanów. Na czas przygotowaniań, otrzymaliśmy do dyspozycji komfortowe studio mieszczące się w nieprzebytych podziemiach Śląskiego Jazz Clubu. Podobno sam prezes nie był jeszcze we wszystkich komnatach i pomieszczeniach. Jak głosi legenda: "Wielu śmiałków już próbowało, ale zawracali bądź gubili się w labiryncie... ".
48 godzina prób. Piotr ze zmęczenia pada pod kontrabasem, Paweł załamał się kompletnie. Ja ćwiczę dalej:)
Ten blog będzie opisem naszych przygód (nie tylko muzycznych) związanych z występem na International Blues Challenge 2011. Dedykuję go wszystkim Tym, którzy zawsze wierzyli we mnie i moja muzykę oraz szczególnie dziękuję naszym Partnerom za wsparcie i pomoc przed wyjazdem. Zachęcam do częstych odwiedzin, gdyż planuję zdać pełną relację z tego co zobaczymy i usłyszymy w Memphis. Teraz możemy razem pojechać tam, gdzie narodził się Blues...